Początek powstania

November 17th, 2008

Za swoje zuchwalstwo Tell zostaje zatrzymany przez gubernatora. ?Zabierzemy cię stąd i bez­piecznie umieścimy tam, gdzie nie sięga światło słońca ani księżyca - grzmi Gessler. - W ten spo­sób nie będą mi już zagrażały twoje strzały.” Jed­nak gdy więzień transportowany jest łodzią przez Jezioro Czterech Kantonów, wichura za­mienia wodę w kłębiące się odmęty. Wioślarze przypominają sobie, że Tell jest także doświad­czonym sternikiem, błagają więc Gesslera o roz­wiązanie lin, którymi Tell jest skrępowany, by mógł on przejąć ster. Tell zręcznie prowadzi łódź ego więc szukajcie”. Stojący na wierzchołku ska­ły Tell wydaje okrzyk radości: ?Wolne są nasze domostwa, niewinność jest bezpieczna, a ty nie będziesz już szkodził naszemu krajowi”. Był to strzał, który zapoczątkował wojnę Szwajcarii o niepodległość.

Ojciec wolności Szwajcarii?

November 17th, 2008

Wspaniały strzelec dwa razy mierzył swą kuszą do celu i za każdym razem mu się udawało. Pierwszy strzał uratował mu życie, drugi zaś dał początek wojnom o niepodległość Szwajcarii. Tak przynajmniej głosiła przez wieki dobrze znana opowieść.

Mały chłopiec woła do ojca: - ?Popatrz, oj­cze! Tam na słupie wisi kapelusz”. - ?Nam nic do tego. Chodź!” - obojętnie odpowiada mężczyzna.

Niewinne pytanie dziecka i odpowiedź ojca stały się początkiem doniosłych wydarzeń.

Scena ta rozgrywa się na rynku miasta Altdorf w kantonie Uri, jednym z trzech leśnych kanto­nów Szwajcarii. Zaczyna się czternasty wiek. Kantony Uri, Schwyz i Unterwalden zawarły właśnie przymierze. Mają polubownie rozstrzygnąć spory między sobą, a na­stępnie zjednoczyć się w celu obrony przed wro­giem zewnętrznym. Przez wiele wieków rządzili nimi obcy władcy (cesarze rzym­scy narodu niemieckiego), a niepodległość pozosta­wała jedynie marzeniem dumnych chłopów żyją­cych z ciężkiej pracy w nie­mal niedostępnych doli­nach.

Wilhelm Tell kocha wol­ność i to właśnie on nie po­kłonił się zawieszonemu na słupie kapeluszowi Her­manna Gesslera, guberna­tora przysłanego z Wied­nia. Ilekroć Gessler wyjeż­dżał, kapelusz reprezento­wał jego władzę. Wszyscy przechodnie musieli się przed nim zatrzymywać i salutować. Tell nie wyka­zał należytego szacunku, co zauważył żołnierz o na­zwisku Friesshart, który ostrzem miecza zatrzymał go. ?Stop! - wrzasnął. - Oskarżam cię w imieniu cesarza.” Tell zagrożony był aresztowaniem, jego syn Walter sprowadził więc na pomoc chłopów oburzonych skandalicznym postępowaniem gu­bernatora. Gdy sprzeczka między Tellem i Fries-shartem miała się już przerodzić w gwałtowny wybuch, nadjechał sam gubernator.

Zażądał, by mu powiedziano, co zaszło. Słyszał już, że Tell jest znakomitym łucznikiem. Opinię tę potwierdził dumnie mały Walter: ?Mój ojciec umie trafić w jabłko na drzewie z odległości stu metrów.” Na twarzy cie-miężyciela błysnął okrut­ny uśmiech. Za brak sza­cunku dla gubernatorskie-go kapelusza będzie więc musiał dowieść swego kunsztu, mierząc strzałą w jabłko umieszczone na głowie syna. W tłumie za­lega pełna grozy cisza, a prośba Telia o łaskę zo­staje przez Gesslera zlek­ceważona. Ryknął: ?Strze­laj lub zginiesz! Ty i twój chłopiec!…”

Tell przygotowuje się do straszliwej próby, umiesz­cza strzałę w kuszy i już zaczyna mierzyć, gdy na­gle zatrzymuje się, opusz­cza broń, wyjmuje z koł­czanu drugą strzałę i zaty­ka ją za pas. Dopiero wte­dy przystępuje do wykona­nia swego trudnego zada­nia. Strzała rozłupuje jabł­ko na połowę, chłopiec bie­gnie do ojca, a ten unosi go i czule tuli do piersi. Ges sler gratuluje łucznikowi, choć już wie, dlaczego naszykował on drugą strzałę. Tell utwierdza go w podejrzeniach: ?Gdyby pierwsza trafiła w mo­je drogie dziecko, druga byłaby dla ciebie. I wierz mi, nie chybiłbym”.

Opowieść, która wciąż żyje

November 17th, 2008

Prawie przez cztery wieki historia Złotego Czło­wieka nękała poszukiwaczy skarbów i nie dawa­ła im spokoju. Oczywiście żaden z nich nigdy nie znalazł żadnego jeziora, którego dno byłoby po­kryte złotem, ani też miasta, którego ulice były­by nim wyłożone. Złoto, które znaleźli, często miało kształt ciekawie wykutych przedmiotów służących jako biżuteria lub dekoracja wnętrz. Przeważnie przetapiano je i wysyłano do domu w sztabach. Do dziś zachowało się stosunkowo niewiele tych ozdób. Te, które zostały, stanowią cenne eksponaty muzealne.

W tych gorączkowych wędrówkach rzeczą przypadku było, że poszukiwacze złota, niejako przy okazji, sporządzili mapę całego kontynentu. Motorem ich działania była żądza bogactwa, któ­ra umożliwiła im przetrwanie niewiarygodnych wręcz trudności wynikających z nieznajomości terenu, ciężkiego klimatu i wrogości tubylców.

Jeśli zaś chodzi o tubylców, ich tragedią było to, że mieli metal, który był tak wysoko ceniony przez Europejczyków. Dla plemion zamieszkują­cych przedkolumbijski Nowy Świat złoto było czymś, co służyło do ozdoby człowieka, domu lub świątyni. Gdy pojawili się przybysze zza oceanu, tubylcy nie mogli po prostu zrozumieć, dlaczego metal ten jest obiektem tak wielkiego pożądania. Nie chronił przecież przed zimnem jak koc, nie wypełniał żołądka jak kukurydza i nie dostarczał przyjemności jak tytoń czy mocny trunek. A mi­mo to Europejczycy pragnęli złota ponad wszyst­ko. Dlatego też ci niepożądani przybysze tak chętnie wierzyli w El Dorado - Złotego Człowie­ka, który, jeśli nawet kiedykolwiek istniał, znik­nął na długo przedtem, zanim podjęli oni jakie­kolwiek poszukiwania.

Poszukiwania idą w innym kierunku

November 17th, 2008

W roku 1541, pięć lat po tym, jak Belalcázar wy-maszerował z Quito do Kolumbii, Gonzalo Pizar-ro - brat zdobywcy Peru - opuścił to miasto, by udać się na poszukiwanie Eldorado, którego bo­gactwa, zgodnie z tym, co słyszał, to nie tylko złoto, lecz także cenna przyprawa, cynamon. Wkrótce dołączył do niego najemnik, Francisco de Orellana. Po przejściu przez Andy i zejściu do tropikalnych lasów na wschodzie, rozstali się. Pi-zarro wrócił ostatecznie do Quito, Orellana po­szedł dalej wzdłuż szerokiej, leniwie płynącej rzeki, aż dotarł do Oceanu Atlantyckiego. Po drodze napotkał plemię, w którym kobiety były lepszymi łuczniczkami niż mężczyźni. Widząc w nich podobieństwo do wojowniczych kobiet z mitów greckich, nazwał rzekę Amazonką.

W ślad za Pizarrem i Orellana w nadziei odna­lezienia Złotego Człowieka podążyli inni hisz­pańscy poszukiwacze przygód. Szlaki ich wy­praw biegły wzdłuż Amazonki i Orinoko. Jed­nym z najbardziej wytrwałych poszukiwaczy był Antonio de Berrio, gubernator rozległej połaci ziemi rozciągającej się między tymi dwiema rze­kami. Podobnie jak jego poprzednicy, Berrio tak­że sądził, że Złotego Człowieka można odnaleźć w jeziorze na szczycie góry. Twierdził jednak, że nie chodzi o Guatabita, lecz o jakieś jezioro w gó­rach Gujany, dokąd uciekli pokonani Inkowie

i wybudowali wspaniałe miasto Manoa. Wieść głosiła, że ulice są tam wybrukowane złotem.

W latach 1584-1595 Berrio poprowadził trzy wyprawy do Gujany. W ostatniej dotarł do wyspy Trynidad, gdzie spotkał Sir Waltera Raleigha. Podczas hulanki Anglik wydusił z Berrio tajem­nicę El Dorado, uwięził go i wrócił do domu, by napisać z zachwytem o Manoa i Eldorado, jak nazwał królestwo Złotego Człowieka. Raleigh nie musiał zobaczyć, żeby uwierzyć. Bogactwo Eldorado, twierdził stanowczo, przewyższa do­bra Peru. Napisał nawet: ?Swą wielkością, bo­gactwami i doskonałym położeniem Manoa ma zdecydowane pierwszeństwo w świecie…” Książ­ka, którą napisał Raleigh na temat Gujany, nie wzbudziła specjalnego zainteresowania tym re­gionem, a jego własne próby odnalezienia Eldo­rado, jak się łatwo domyślić, spełzły na niczym.

Cztery wieki później - nowe szaleństwo

November 17th, 2008

Szalony apetyt Europejczyków na złoto spowodował zagładę kultur Nowego Świata. Dziś ludność Kolumbii staje wobec po­dobnego zagrożenia: jest nim pra­wie pewna śmierć tych, którzy przeciwstawiają się kartelom nar­kotykowym z Medelin i Cali.

Krzewy koki, rosnące w Andach i doglądane przez peruwiańskich i boliwijskich wieśniaków, są źró­dłem światowej produkcji kokainy, od której uzależnionych jest około 6 min Amerykanów. Szczególną popularnością wśród nich cieszy się crack - tańsza i nadająca się do palenia postać kokainy.

Kolumbijscy baronowie narko­tykowi finansują uprawę krzewów koki, importują lepki surowiec otrzymany z liści, a następnie w swoich ukrytych laboratoriach mieszają go z eterem lub aceto­nem, by otrzymać czystą kokainę. Biały proszek, zazwyczaj pakowa wadzany jest na ulice. Przedstawi­ciele rządu najstarszej demokracji Ameryki Łacińskiej są bezsilni w sprawie ukrócenia handlu ko­kainą, zwłaszcza że baronowie narkotykowi pozostawiają do wy­boru jedynie plomo o ploto, co zna­czy ołów lub srebro - kula w łeb lub łapówka.

Szacuje się, że rocznie z Kolum­bii przemyca się 350-450 ton koka­iny, co przynosi dochód w wysoko­ści 4 mld dolarów. Tak więc towar ten stanowi największą część eks­portu tego kraju. Pewien założyciel jednego z karteli nie tylko nie był uważany za przestępcę, ale został nawet wybrany w 1982 r. na człon­ka kolumbijskich władz ustawo­dawczych i mógł wywierać nacisk na to, by nie dopuścić do uchwale­nia prawa, które zezwalałoby na ekstradycję do Stanów Zjednoczo­nych osób podejrzanych o handel narkotykami.


Pozycjonowanie - Sopot - Pracownia florystyczna Wrocław - anteny - Gry dla Dziewczyn - Angielski Kielce - tłumaczenia - ziola - prepaid calling card - hiszpańska mucha informacje - biuro matrymonialne biura - praca dodatkowa